МОЙ ФОТО (З)ЛОМ   ҉

Mój Foto-Złom

Stronka ta w założeniu ma posłużyć jako składnica złomu, który z mniejszym lub większym powodzeniem przyszło mi używać na różnych etapach powstawania zdjęć. W komentarzach do zdjęć pojawiają się czasem dziwne oznaczenia typu (29), które chciałbym tu wyjaśnić. Złomowisko powstaje krok po kroku i trochę jeszcze pozostało do wrzucenia.

Aparaty

Naliczyłbym ich egzemplarzy dwadzieścia kilka, z czego nie o wszystkich warto wspominać. Nie wszystkich też miałem okazję użyć.

Fed-5B

Fed-5B przyczepiony do ramy okna. Detal z imadłem znajduje sie niżej.

Fed 5B

Jako główny aparat służył mi od 28.12.1993 do czasu kupienia Praktiki TL. Później albo leżał odłogiem lub był drugim aparatem. Od lutego do lipca 1997, kiedy w Praktice siedziały slajdy, Fedem 5B robiłem czarno-białe zdjęcia. Ze względu na jego solidne wykonanie, postanowiłem nie pozbywać się go na wypadek awarii sprzętów bardziej zawodnych.

Praktica Super TL - drugi egzemplarz

To już drugi egzemplarz tej Praktiki.

Praktica Super TL

Pierwszy egzemplarz tego aparatu kupiłem okazyjnie 5 marca 1996. Posłużył mi jakieś 7 lat. Oryginalny model posiada zabezpieczenie przed niezamierzonym wciśnięciem spustu: po przekręceniu spustu migawki umieszczony w nim kołek trafia na opór przed głębszym wejściem. Wykorzystałem ten kołek, by trafiał do wyciętego przeze mnie rowka, kiedy spust przekręcam we wciśniętej pozycji. W ten sposób nie potrzebuję osobnej blokady spustu.

Praktica Super TL - przerobiony spust migawki

Przerobiony spust migawki z widcznym kołkiem i rowkiem.

Począwszy od roku 2000, aparat zaczął przepuszczać światło w nieznanym miejscu, dając smugi w poprzek filmu. W lutym 2003 kupiłem drugi egzemplarz i używam go do teraz. Ze względu na duży i jasny celownik oraz całkowicie mechaniczną migawkę, używałbym go nadal do slajdów. Wadą tego egzemplarza jest zastyganie smarów w migawce podczas niskich temperatur, nawet późną wiosną (poranek z zaćmieniem Słońca, 31 maja 2003).

Yashica TL ELECTRO X

Na lince wisi blokada spustu migawki wygięta z blaszki transformatorowej.

Yashica TL ELECTRO X

Ma dwie poważne wady: żre prąd przy otwartej migawce na czasie B, a kawał pola jej celownika zasłonięty jest przez tabliczkę ze wskazaniami światłomierza. Poza tym nie narzekam na ten sprzęt.

Celownik Yashiki

Wspomniana tabliczka na dole celownika.

Obiektywy

Obiektyw 29 mm

Obiektyw 29 mm. Filtr UV ochronił swego czasu nie tylko przed promieniami - przejął uderzenie po upadku na niestabilnie rozłożonym statywie.

(29) – Pentacon auto, 29 mm, f 2.8

kupiony jakoś 21.02.2000.

(58) i (50): kilka standardów dla małego obrazka

Obiektyw 75 mm

Obiektyw 75 mm. Widać wkręt łączącym blachę z tylną częścią oraz drut nie pozwalający na zamknięcie migawki.

(75) – Łomo T-22, 75 mm, f 4.5

Pochodzi od dwuobiektywowej lustrzanki Liubitiel, którą kupiłem 26.10.1998. Złączyłem go z tyłem standardowego obiektywu Helios od Zenita E (mającego, swoją drogą, ręcznie domykaną przysłonę).

Od Heliosa, tym razem od nie obiektywu, a telewizora tej marki, pochodzi też kawałek łączącej obie części blachy. Tył przykręcony jest wkrętami, przednia część – pierścieniem wokół soczewki.

Rzadko kiedy korzystam z dołączonej tam centralnej migawki. Podczas wyboru kadu jest ona oczywiście otwarta na czasie B i zablokowana kawałkiem drutu po spinaczu lub czymś innym.

(135) – Jupiter 37 A, 135 mm, f 3.5

rybie oko

Materiały światłoczułe

Fujichrome RM

Sprzęt ciemniowy

Zacznę może od czegoś, co nie zagościło nigdy w mojej ciemni: od zegara ciemniowego. Można i inaczej spojrzeć: sam byłem zegarem ciemniowym, wsłuchując się w rytm kolejnych sekund zegara ściennego albo spoglądając na ręczną tandetę do odmierzania czasu. Skoro już o ściennym, warto odnotować że zdarzało mi się brać go w plener, np. rankiem 2 czerwca 1995 do fotografowania błyskawic. Ma on 24 centymetry średnicy i trzymałem go pod kurtką. A gdybym tak miał tylko kominkowy (od razu w czaszce pojawiła się okopowa scenka z Sensu Życia według Monty Pythona)...

Powiększalnik ze starych aparatów

Przytwierdzony do blatu biurka gwintowanym zaciskiem powiększalnik domowej roboty. Zdjęcie pochodzi z 6 stycznia 1995 i jest skanem powiększenia zrobionego tymże powiększalnikiem (Fed 5b, Foto 65, lampa SEF 3M).

Powiększalnik ze starych aparatów

Jego pierwsza wersja powstała wiosną 1993, prawdopodobnie jeszcze z korpusem Zenita ET, w którym na początku 1993 zerwałem naciąg roletki migawki. Widoczny na zdjęciu korpus pochodzi z Druha, do którego mocowanie M42 po tymże Zenicie przyklejone było klejem szybkoschnącym (nieraz się oderwało). W środku miał żarówkę z małym gwintem, a od filmu dzieliła ją soczewka po kondensorze z rzutnika do bajek. Kiepsko spełniała swoją rolę, ale i tak lepiej niż w komplecie z drugą - obliczonym na format 18x24 mm. Mimo to, powiększałem nawet kawałki zdjęć 6x6 cm - dlatego też zapewne zmieniłem korpus. Pod koniec działalności miał nawet wymuszoną wentylację silniczkiem na kilka woltów. Boczne ściany to blachy z radzieckiego kompletu do montowania metalowych zabawek oraz tektury i kratka z rzutnika do bajek. Zastąpiony został przez powiększalnik UPA 5M. W płaszczyźnie filmu leży tektura z ramką na slajd - ale posiadającą nierozłączne części. Film przechodził przez tę ramkę, narażając się na tarcie. Nie pamiętam jak radziłem sobie z ułożeniem negatywów szerokoformatowych.

Maskownicą była płyta z tworzywa sztucznego, do której przykleiłem ramkę z tektury. Od jednej strony można było do niej wsuwać papier. Na ogół wysokość regulowałem, podkładając pod nią stosy książek. Próbowałem też mocować ją imadłem do biurka, ale drgała tak mocno, że pomysł nie przeszedł.

Ciemnia, 23 sierpnia 2006. Lampa ciemniowa zrobiona z blachy po tylnej pokrywie telewizora Helios.

Powiększalnik UPA 5M

Kupiony 2 marca 1995. Służył mi do robienia pozytywów na czarno-białym papierze oraz do wyświetlania slajdów.

Montaż kątowników z czarną folią, 23 sierpnia 2006.

Między szyby

Rozkręcane okna pozwalają umieścić między szybami materiał nieprzepuszczalny dla światła. Od mniej więcej początku lipca 1995 gościły tam płyty pilśniowe z dna starego tapczanu. Do płyt przykręcone było kilka klocków drewnianych, które ustalały ich położenie, opierając się o wewnętrzną część ramy. W sierpniu, zdaje się, roku 1998, kupiłem kątowniki gięte na zimno z blachy grubości 2 mm, dałem pospawać na dwuczęściowe ramy, które okleiłem podwójną czarną folią budowlaną.

Skoro kątowniki cieńsze, zdawałoby się, że dadzą mniej problemów z domykaniem tak uzbrojonych okien. Okazało się na odwrót. W tej chwili użyłbym blachy jedynki, gnąc ją ręcznie w imadle, krok po kroku. W hurtowniach nie mogłem dostać kątowników cieńszych niż dwójka, bo i po co komu.

Statywy

Fed-5B w imadle

Żeby zademonstrować jak powstawało w tamtych czasach sporo zdjęć, z haka zdjąłem starego Feda 5B, któremu najczęściej zdarzało się gościć na imadle.

Imadło od Ruskich

Najprawdopodobniej używałem go od października 1993 przez ponad pół roku. Miałem więc wtedy dość mocno ograniczoną swobodę wyboru kadru ;) Szczęki imadła ściskały śrubę statywową od pokrowca wkręconą w aparat.

Statyw z kijów od szczotek

Zmontowałem go późną wiosną 1994. Korpus z podwójnej sklejki, łączący nogi zrobiłem już w październiku 1993, ale nie miałem wtedy kijów ;) Wkręcona była w niego śruba M6, w którą z kolei wkręcałem imadło. Osiami obrotu nóg były wkręty M4 siedzące w aluminiowych, perforowanych obejmach ze wspomnianego zestawu do konstruowania zabawek. Statyw sięgał do wysokości około pół metra i posłużył mi jakieś półtora roku.

Statyw z kijów od łopat

Niespodziewane zastosowanie po 13 latach od powstania... Kątownik ze śrubą statywową gdzieś wykręcony, na jego miejscu stary komórkowiec, który w niektórych warunkach całkiem serio wymaga unieruchomienia.

Statyw z kijów od łopat

Zmontowany 23.12.1995. Na pewno był stabilniejszy, choć jego słabym punktem były obejmy pochodzące z poprzedniego statywu. Drgania (mniej więcej obroty wokół pionowej osi) szybko jednak gasły i wystarczyło poczekać z odsłonięciem w pełni klapki obiektywu lub też przy czasach odmierzanych migawką użyć węża bądź samowyzwalacza. Na pewno za sprawą długości miałem większy wybór perspektywy - nie byłem już skazany na punkt widzenia psa, choć do stojącego człowieka wciąż nie dorastał ;). W sam raz mieścił się w pokrowiec z dwóch połączonych nogawic ciasnych dżinsów. Przez pewien czas do pokrowca przypięty był skórzany pas od spodni. W ten sposób mogłem łatwo brać go na rowerowe lub piesze wyprawy. 14 października 1997 stanął na dnie Welu. Może jego transport nie był takim komfortem, jaki dają statywy mieszczące się w torbie, ale dał mi on możliwość zrobienia masy ważnych kadrów.

Nowym elementem była prosta głowica: obejma z grubej blachy – tej samej, która wcześniej mocowała domowej roboty powiększalnik (a jeszcze prędzej nocną lampkę) – wraz z obracającym się w jej poziomym otworze kątownikiem, w którym siedziała śruba statywowa. Kątownik dokręcany był wygodną rączką. W ten sposób odpadał mi problem nachylania aparatu i pionowych zdjęć, których w imadłowej wersji nie zawsze było sposób zrobić. Jeśli chciałem obrócić aparat w poziomie, to albo szczęśliwie śruba statywowa była w pionie i można było obrócić samym aparatem, albo też obracać musiałem całym statywem, co nie było zbyt wygodne na skarpach...

Nakrętki na wkrętach łączących obejmy z korpusem i nogami luzowały się często, choć były skontrowane. To narzuciło pomysł, by przy okazji budowy nowego statywu pracujące części zrobić jako zaciskane ręcznie.

Zdjęcie z 8 kwietnia 2005, wersja statywu z marca 2003.

Statyw ze szczebli po łóżku na dziecko

Zmontowany około 8.12.1997 (wczesnym rankiem 9.12.1997 został po raz pierwszy użyty), z drobnymi modyfikacjami używam go do teraz (a ten akapit piszę 21 maja 2009).

Początkowo każda noga składała się z dwóch par takich szczebli o 7.5x17.5x500 mm. Dolne szczeble u podstawy były skręcone ze sobą na stałe, a w miejscu połączenia z górnymi – rozdzielone klockiem grubości 7.5 mm.

Połączenie jednej pary szczebli z inną lub z korpusem to śruba M5 dokręcana nakrętką motylkową. Nie ma więc problemu luzowania się nóg i konieczności zabierania klucza.

Pokrowiec zrobiłem również z nogawicy starych dżinsów chyba w dniu powstania statywu. Jakoś podczas burz w 1999 miałem dość tego, że jest mokrą szmatą, którą trzeba nosić na sobie, a potem suszyć. Dorobiłem parciany pasek łączący korpus z obejmą nóg i pokrowiec odszedł w zapomnienie.

29 kwietnia 2007, świeżo przerobiony: rura, uzbrojenie końcówek nóg i nowy korpus.

Po jakimś czasie, bodajże w sierpniu 2001, dołożyłem między dwa dolne szczeble trzeci. Dało to wysokość półtora metra w sumie, ale nie jest już tak stabilne – potrafi drżeć i trzeba czekać na wygaśnięcie tych drgań.

Przez ponad 5 lat korpus z głowicą był połączony kawałkiem kątownika. Na razie nie znalazłem jego zdjęcia.

W marcu 2003 to stałe połączenie zastąpiłem obejmą mocującą wspornik kątownika ze śrubą statywową. Ponieważ kij miał owalny przekrój, trzeba było mocno luzować obejmę, by móc go obracać. Końcówkę paska zamocowałem na dolnym końcu kija.

Wady tej nie miała aluminiowa rura o średnicy 25 mm, pochodząca z rozbiórki szyny zasłony prysznica gdzieś w Heidelbergu we wrześniu 2005. Zamontowałem ją pod koniec kwietnia 2007. Wymagało to zbudowania nowego korpusu, ale ze starego i tak wylatywały warstwy sklejki. Wysuwaną przez oś obrotu nogi warstwę widać nawet na zdjęciu obok. Wtedy też końcówki nóg przy korpusie uzbroiłem blachą z puszek od konserw, by dalej nie ulegały ścieraniu. Stabilniej jest użyć tej rury niż trzeciego, najniższego szczebla.

21 marca 2008 gdzieś w drodze z linuksowych zajęć wyłamał się gwóźdź trzymający śrubę statywową, która przy okazji zginęła. Z drugiej strony otworu załamałem krawędzie, by zanurzyć stożkowy łeb wkrętu M4. Wkręt mocuje luźno kawałek aluminiowej blachy. Nakrętka z niego nie spada, bo gwint jest zmiażdżony.

Inne dziwne sprzęty i wynalazki

W środku Praktica TL.

Osłony przed deszczem

Do dziś nie znalazłem rozwiązania odwiecznego problemu fotografowania podczas nocnych ulew, gdzie deszcz zalewa wnętrze aparatu oraz szkła obiektywu, zniekształcając obraz (niekiedy nawet pięknie...). Problemem bywają też kropelki po skroplonej parze wodnej, pokrywające optykę zalanego aparatu. Podczas wczorajszej nocnej burzy (21/22.05.2009) aparat przykrywałem płaskim kawałkiem folii budowlanej, a kilka dni temu wyrzuciłem wysłużony parasol, który woziłem dla swojego sprzętu, siebie chroniąc deszczakami.

Z budowlanej folii uszyłem co najmniej dwa deszczaki na aparat. Widoczny na zdjęciu jest co najmniej drugim z kolei. Zrobiony z podwójnej folii, posiada odchylaną klapkę zasłaniającą otwór do spoglądania oraz rozpinany prawy bok dla lepszego operowania aparatem. Niestety, trudno było panować nad ostrością i przysłoną po jego założeniu. Następcy dałbym otwarty dół.

Na zdjęciu na obiektywie sterczy tekturowa osłona na Heliosa 58 mm. Woziłem ją, kiedy nie miałem jeszcze szerokiego kąta, czyli najpóźniej w 1999. Pomalowana jest czarną emalią, zmatowioną od wewnątrz, a jej średnica jest tak dobrana, by trzymała się sztywno.

Juras 9 złożony do kupy na potrzeby pokazania go tu.

Juras 9

Do serii Juras należało kilka przedmiotów nie mających wiele ze sobą wspólnego, np. fotogenicznych kup albo wzmacniacza od gramofonu. Pierwowzorem Jurasa 9 był Juras 8, któremu należy się tu więcej słowa. Jeszcze na przełomie 1992 i 1993 do Zenita ET przykładałem lunetę o krotności 10x i zauważyłem że cokolwiek widać w celowniku. 21 sierpnia 1995 wróciłem do zabawy z obiektywem od Feda (Industar 61 L/D) i zmatowionym szkłem, na które ten obiektyw rzucał obraz. Obraz na tej matówce oglądałem przez radziecki mikroskop Mikko (30x). Kluczowa była widoczność obrazu po usunięciu tej matówki.

Juras 8 z 21.01.1998

Juras 8 z 21.01.1998, zdjęcie z 22.09.2001.

Całość usztywniłem w ten sposób, że obiektyw wkręcony był bezpośrednio w dopasowany otwór w kawałku sklejki, a z drugiej strony przykręcony był mikroskop. Nie pamiętam jednak, czym na początku ustalałem odległość między mikroskopem a deską i czym chroniłem ten układ od niepotrzebnych promieni światła. Niezależnie od tego, ubocznym efektem było działanie takiego kompletu mikroskop–obiektyw jako słabej lunety. Nie pamiętam natomiast czy prawdziwa luneta dokładana na przód tego układu miała jakieś usztywnienie.

Pewne jest, że przeróbka Jurasa 8 powstała 21 stycznia 1998 miała wysięgnik do lunety z deski po ramie tapczanu. Podobny wysięgnik miałem zrobiony do lutownicy oporowej. Osłonę i odległość mikroskopu od deski zapewniała puszka po jakiejś rybce. Juras 8 nie był zrobiony z myślą o zdjęciach.

Juras 9 powstał niezależnie od ósemki, 24 grudnia 1999, kiedy większość osób na warsztat wrzucała kotlety czy sałatki lub też trudniła się ich konsumpcją. Korpus Jurasa 9 to dwie twarde deski z ramy fotela. U dołu przykręcony jest kątownik będący wcześniej elementem głowicy statywu z kijów od łopat. Z tyłu są śruby na głowice - dwie ze względu na to że w Praktice otwór statywowy był blisko środka, w Zenicie TTL – przy brzegu podstawy.

Fotografowanie Jurasem 9 wymagało osłonięcia przestrzeni między lunetą, a obiektywem oraz odczekaniu aż wygasną drgania. Nie było to łatwe ze względu na duże powiększenie układu, ale dało się zrobić. Od roku 2000 do fotografowania przez lunetę używałem obiektywu (75).

Juras M42 z Jurasem 9

Juras M42 z Jurasem 9.

Przy okazji warto jeszcze wspomnieć o Jurasie M42 – następcy Jurasa 8 zrobionej 24 września 2001. Frontowa deska została zastąpiona kawałkiem plastikowej płytki po starym telewizorze, w którą wkręcone jest mocowanie M42. Osłona i zarazem korpus zrobione są z kawałków parkietu. Nie ma wysięgnika lunety, bo korpus przypinany jest do korpusu Jurasa 9.

Żarówka 3V w chińskiej latarce

Najzwyklejsza chińszczyzna.

Żarówka na trzy wolty

Więcej obrazków w Galerii Foto-Złomu.